Jak (nie) zostałam prawnikiem?

Temida, prawo, studia

Wydział Prawa i Administracji. Połowa września roku niewiadomego. Pora na odniesienie indeksu do dziekanatu i podejście do egzaminu magisterskiego. Jak się okazuje, nie tak prędko to nastanie – nie mam zdanego egzaminu z prawa międzynarodowego prywatnego i postępowania administracyjnego. Idę do doktora wyjaśnić sprawę, bo przecież egzamin zaliczałam. Na miejscu zaczynam nerwowo wertować swój indeks w poszukiwaniu wpisów, przedzieram się przez kilkadziesiąt stron zaliczeń i ocen z egzaminów, które uzbierały się w ciągu pięciu lat studiów. Ale tych koniecznych do ukończenia edukacji i podejścia do egzaminu magisterskiego – nie ma.

Cóż, trzeba będzie podejść do egzaminów jeszcze raz. Czy zdążę? Jest przecież połowa września, a do zdania dwa egzaminy. Wydział w tym czasie przeżywa prawdziwe oblężenie i ciężko będzie umówić się na egzamin. „Najwyżej przedłużę sesję do połowy października” – pomyślałam i wtedy obudziłam się.

Taki oto sen miałam przedwczoraj, a wszystko dlatego, że od kilku dni planowałam napisać dzisiejszą notkę. Swoją drogą moje ostatnie sny pozostawiają wiele do życzenia, ale nic chyba nie przebije ucieczki przed niedźwiedziem brunatnym…

Wracając jednak do tematu – studia prawnicze ukończyłam, ale ostatecznie zdecydowałam, że prawo to nie jest droga, którą powinnam podążać.

Jak nie zostałam prawnikiem?

Wybór studiów był dla mnie oczywistością. Dłużej zastanawiałam się dzisiaj rano nad wyborem koloru pomadki, niż nad kierunkiem studiów. W końcu – tradycje rodzinne. Dopiero po studiach, pracując w kancelarii, uzmysłowiłam sobie, że nie chcę tam pracować do końca życia. Zawsze towarzyszyło mi poczucie, że robię rzeczy mało istotne, czy ważne. Jedni pozywają drugich, ciągła walka o pieniądze… Na początku może było to interesujące, bo nowe, ale prędko zaczęłam zastanawiać się nad tym, co mogłabym robić zamiast pisania kolejnego pozwu, pisma do komornika, czy apelacji.

Czy żałuję poświęconego czasu i energii? Oczywiście, że nie. Najgorsze co możemy sobie wmówić to to, że czas, który poświęciliśmy na naukę, nawet jeśli w życiu zawodowym zajmujemy się czymś innym, jest czasem zmarnowanym. A obecne wykształcenie przydaje mi się podczas pisania tekstów prawniczych. Nie mam też problemu (w razie potrzeby) z wysłaniem wezwania do zapłaty z pieczątką kancelarii, czy pozwem.

Obecnie nie dorabiam już ideologii do rzeczy, którymi muszę się zająć, bo są moimi obowiązkami. Może kiedyś pozwolę sobie na luksus robienia tego, co lubię. Natomiast takie zwroty jak „prawo karne”, „postępowanie cywilne” dziś wydają się być jedynie echem poprzedniego życia.

Photo by Rae Allen

Share Button
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Joanna Rytter

    O proszę 🙂 Właśnie ostatnio zastanawiałam się nawet po jakich studiach jesteś – zagadka się rozwiązała :)) czyli teraz pracujesz jako copywriter – tak? :>

    • Tak, taki prawniczy 😉

  • Grunt to robić w życiu to, co daje nam szczęście. Reszta przyjdzie w dalszej kolejności. 🙂

    • Z takiego wychodzę założenia. Tylko jeszcze trzeba wiedzieć, co daje nam to szczęście…

      • Fakt. A to już wcale nie jest takie proste. Wiem po sobie. 😉

  • W pierwszej klasie liceum strasznie chciałam iść na prawo, moje życie potoczyło się jednak inną ścieżką. Prawo fascynuje mnie do dzisiaj, jednak znalazłam też inne fascynujące mnie tematy, ostatnio jest to kosmetyka 🙂 Nadal jednak nie wiem co chciałabym robić w życiu i jaka praca byłaby tą, która pracą by nie była 😉

    • Bo najważniejsze jest lubić to co się robi, a wtedy mamy wakacje przez całe życie 😉